Turniej drużynowy w Jianzha Tybet 2014

Rozmowy o turniejach i treningach
Post Reply
User avatar
robin_
Posts: 1584
Joined: Wed Feb 07, 2007 10:09 am

Turniej drużynowy w Jianzha Tybet 2014

Post by robin_ » Mon Sep 15, 2014 7:22 am

Piszę zaraz po powrocie dopóki wrażenia są świeże. Przede wszystkim chciałem w moim i chłopaków imieniu podziękować zarządowi PSŁT za możliwość przeżycia tak wspaniałej przygody. Postaram się w skrócie przedstawić to co najbardziej zapadło mi w pamięć. Na pewno więcej doda reszta ekipy jak trochę odpoczną.

Po morderczej 26 godzinnej podróży 3 różnymi samolotami i samochodem dotarliśmy do Jianzha - małego, może 10 tysięcznego miasteczka otoczonego szczytami Tybetu. Żeby się do niego dostać musieliśmy przebić się tunelem wykutym w ogromnej górze, której podstawa znajdowała się ponad 3000 metrów nad poziomem morza.

Dla mieściny, w której prawdopodobnie nie dzieje się nic przez cały rok impreza łucznicza traktowana była jako święto. Brama wjazdowa rzeźbiona w postacie łuczników i główny deptak były pięknie przystrojone, ludzie mieli wolne od pracy i wszędzie czuć było podniosły nastrój.

Zostaliśmy zakwaterowani w niezłej jakości hotelu położonym 50 metrów od Żółtej Rzeki i u stóp ogromnych tybetańskich stoków, widok z okna zwalał z nóg. Cały hotel zarezerwowany był dla zagranicznych ekip. Mieszkaliśmy między innymi z łucznikami z Węgier, USA, Francji, Holandii, Turcji i Niemiec. Każdej drużynie została przydzielona tłumaczka – opiekun. Jak się okazało nasza tłumaczka Chin Tsu, mimo ze była nauczycielką angielskiego w miejscowej szkole gorzej znała angielski niż my. Nadrabiała jednak niezwykłym entuzjazmem i zaangażowaniem, była przemiła i co najważniejsze negocjowała bezwzględnie ceny z miejscowymi sprzedawcami którzy najczęściej chcieli naciągać „bogatych turystów z Europy”. Po raz pierwszy w życiu mogłem się tak poczuć – ceny w Tybecie były szokujące – taksówka z hotelu na stadion kosztowała w przeliczeniu 2,5 złotego , butelka wódki 5 zł, paczka papierosów 2 zł.

Piszę w Tybecie ponieważ miejscowi czuli się bardzo urażeni kiedy mówiliśmy że jesteśmy w Chinach, zawsze poprawiali nas że jesteśmy w Autonomicznej Republice Tybetu. Organizatorzy bardzo troszczyli się o nas, nie wypuszczali nigdzie bez tłumacza a jeśli spóźniał się autobus albo taksówka zawozili nas na plac turniejowy eskortą policyjną lub wojskową.
W dniu ceremonii otwarcia można było zobaczyć jak wielki rozmach ma ta impreza. Na miejscowy stadion przyszło chyba całe miasteczko, kilka tysięcy ludzi. Po przedstawieniu i przemarszu wszystkich reprezentacji, a było ich około 45 z całego świata, nastąpiła ceremonia otwarcia uświetniona pokazami fajerwerków, występami artystycznymi gwiazd piosenki chińskiej oraz tancerzy. Z oficjalnych źródeł dowiedzieliśmy się że ten festiwal łuczniczy ma budżet ponad 2 mln dolarów.

To chyba jedyne miejsce na świecie gdzie łucznik tradycyjny może się poczuć jak prawdziwa gwiazda sportu. Pozowaliśmy do niezliczonej liczby zdjęć dla reporterów i zwykłych ludzi którzy chcieli mieć pamiątkę z tego łuczniczego święta, rozmawialiśmy z setkami kibiców którzy oglądali i podziwiali nasze łuki i strzały.

Po części oficjalnej przeszliśmy na poczęstunek. Stół długości około jednego kilometra ustawiony na głównej ulicy miasta przywalony był dziesiątkami przeróżnych miejscowych specjałów i napojów pomieścił około tysiąc łuczników. Na początku jedliśmy i piliśmy wszystko z nieśmiałością pełni obaw gastrycznych, ale jak się okazało mimo że przez cały pobyt pochłanialiśmy wszystko co nam wpadło w rękę nikt z nas nie miał problemów żołądkowych.

Następnego dnia zaczął się turniej łuczniczy. Zespołów z całego świata było orientacyjnie około 45. Zostały one podzielone na 8 grup 6 zespołowych , w 2 lub 3 grupach, w tym naszej było po 5 zespołów. Rozgrywki toczyły się na zasadzie każdy z każdym. 8 zwycięzców grup przechodziło do rundy finałowej. Sam system punktacji był dość skomplikowany ale jak go zrozumieliśmy to okazał się bardzo sensowny. Boulii podjął się opisać dokładnie zasady punktacji tej tradycyjnej tybetańskiej konkurencji. Strzelaliśmy w każdym razie do trójkątnej tarczy wyznaczonej drutem o wymiarach 70X80 cm umieszczonej na kopczyku gliny z odległości 60 metrów. Pierwszego dnia po wielu godzinach spędzonych na kibicowaniu otrzymaliśmy wiadomość że strzelamy jutro. Drugiego dnia znowu czekaliśmy, zawody kończyły się o 18, a kiedy już byliśmy pewni że znowu nic z tego, o godzinie 17 40 zostaliśmy wywołani do pierwszego meczu. Byliśmy bardzo zmęczeni, nie poszło nam najlepiej i przegraliśmy, co prawda tylko 1 punktem z miejscową drużyną.

Nastroje wieczorem były smutne bo po tym co pokazaliśmy nikt z nas nie wierzył że możemy wygrać wszystkie pozostałe mecze, bo tylko to dawało nam wyjście z grupy, tym bardziej że przeciwnicy którzy zostali byli podobno z wysokiej półki. Kolejny mecz zaczęliśmy z samego rana. Na początku po bardzo dobrym strzale długo prowadziliśmy, potem przeciwnicy ostatnim strzałem pokonali nas w pierwszym secie. Nastroje były coraz gorsze ale nieoczekiwanie zaczęło nam iść coraz lepiej. Wygraliśmy drugiego seta, był remis i sędzia zarządził dogrywkę. W dogrywce wygraliśmy zdecydowanie. A była to jedna z najlepszych miejscowych drużyn, które na dodatek miały w zwyczaju deprymować przeciwników krzyczeniem do ucha i demonicznym tańcem. Potem kolejne 2 mecze grupowe przeciwko dwom drużynom z chińskich prowincji o dziwnych nazwach wygraliśmy zdecydowanie, nie pozostawiając cienia wątpliwości. Tybetańscy starcy kręcili z niedowierzaniem głową i odprawiali dziwne rytuały polegające na polewaniu kopczyka gliny miejscową wódką o podejrzanym zapachu. Na niewiele się to zdało bo tego dnia wygraliśmy wszystko i awansowaliśmy do najlepszej ósemki. Oprócz nas z drużyn spoza Azji awansowała tylko Francja i Węgry.

W rundzie finałowej 8 drużyn zostało podzielone na 2 grupy i znowu grano każdy z każdym. Zwycięzcy grup mieli walczyć bezpośrednio z sobą o 1 i 2 miejsce a te drużyny które zajęły 2 miejsca w swoich grupach o miejsce 3.
Walkę w rundzie finałowej zaczęliśmy od meczu z najlepszą Tybetańską drużyną. Nie poszło dobrze, pokazali nam dobitnie czyj to jest sport narodowy i przegraliśmy zdecydowanie. Drugi mecz z Francją ułożył się po naszej myśli i w zasadzie Francuzi nie mieli nic do powiedzenia, mimo że buczeli na kobzie z całej siły Marsyliankę żeby nas zdeprymować. Pierwsze miejsce w grupie było już poza naszym zasięgiem bo miejscowa drużyna tybetańska rozniosła wszystkich, ale wciąż walczyliśmy o drugie miejsce w grupie, dające możliwość walki o podium. W decydującym starciu zmierzyliśmy się z Mongolią Wewnętrzną. Zaczęło się bardzo dobrze, wygraliśmy pierwszy set. W drugim jednak przegraliśmy i był remis. Sędzia nie zarządził dogrywki ponieważ Mongołowie mieli minimalnie lepszy stosunek małych punktów (nisko punktowanych trafień). Było blisko ale ostatecznie skończyliśmy na bardzo dobrym 5 miejscu. Każdy z naszej ekipy dał z siebie wszystko i każdy miał wkład w ten sukces.

Z poza Azji tylko Węgrzy zaszli dalej – zdobyli trzecie miejsce. Mieli oni niesłychanie silną drużynę, strzelali niesamowicie, a mimo to nie mieli szans z reprezentacją Pekinu która rozbiła ich do zera. Mieli oni po pierwszych dwóch meczach podobnie jak my jedną wygrana i jedną porażkę, czekali na trzeci mecz a okazało się ze ich przeciwnicy zostali zdyskwalifikowani i wygrali walkowerem. Były zamieszki na trybunach, atmosfera była gorąca jak u nas na meczach piłkarskich, musiało interweniować wojsko i policja. Niektórzy z zawodników miejscowej drużyny wdali się również w awanturę, dlatego zostali zdyskwalifikowani. W meczu o 3 miejsce Węgrzy pokonali Mongolię Wewnętrzną a w meczu o złoto Pekin pokonał Tybet.

Nie było takich sytuacji o których nas przestrzegali uczestnicy poprzednich chińskich turniejów – zasady były bardzo jasne i dobrze pomyślany system punktacji, nie widzieliśmy żadnych prób naciągania wyników na stronę azjatyckich drużyn. Całe zawody prowadzone i sędziowane były bardzo profesjonalnie i w duchu fair play. Nie możemy na pewno tłumaczyć naszego 5 miejsca złą wolą sędziów czy organizatorów. Myślę nawet że możemy być z niego dumni bo turniej stał na niesłychanie wysokim poziomie – najlepsze drużyny strzelały w trójkąt wysokie trafienia po 6-7 strzał na 10 możliwych. Było to zdecydowanie poza naszym zasięgiem. Daje to materiał do przemyśleń i motywację do pracy nad sobą na przyszłość.

szaszun
Posts: 134
Joined: Sun Apr 08, 2012 9:15 pm

Re: Turniej drużynowy w Jianzha Tybet 2014

Post by szaszun » Mon Sep 15, 2014 8:48 am

Brawo. Szacunek i Podziw. Brawo

User avatar
Suchy
Posts: 227
Joined: Wed Feb 29, 2012 3:53 pm

Re: Turniej drużynowy w Jianzha Tybet 2014

Post by Suchy » Mon Sep 15, 2014 9:47 am

Elegancka wyprawa. Jak wpływ warunków pogodowo/wysokościowych na parabolę lotu strzał, ciągnęło szypy zauważalnie do gleby, czy nie trzeba było brać poprawek względem tego co założyłeś podczas treningów w kraju? Zarzuć jakimiś fotkami.
Pork Eating Crusader

User avatar
robin_
Posts: 1584
Joined: Wed Feb 07, 2007 10:09 am

Re: Turniej drużynowy w Jianzha Tybet 2014

Post by robin_ » Mon Sep 15, 2014 2:40 pm

było dokładnie jak obliczyłem, dużo mniejsze opory powietrza ze względu na wysokość


pjp
Posts: 47
Joined: Mon Oct 07, 2013 10:35 am

Re: Turniej drużynowy w Jianzha Tybet 2014

Post by pjp » Mon Sep 29, 2014 8:14 pm

GRATULACJE !!! :happy:

pk67
Posts: 380
Joined: Tue Jul 03, 2012 8:55 am

Re: Turniej drużynowy w Jianzha Tybet 2014

Post by pk67 » Tue Sep 30, 2014 9:17 am

Gratulacje, a teraz zazdrość przeze mnie przemówi, wezmę wiaderko z piaskiem, też zrobię sobie taką babkę i w nią postrzelam. I piszę to serio: konkurencja jest na prawdę b. ciekawa.
Kto coÂś robi, ten coÂś zrobi.

User avatar
Egnar
Posts: 175
Joined: Fri Feb 07, 2014 8:07 pm

Re: Turniej drużynowy w Jianzha Tybet 2014

Post by Egnar » Tue Sep 30, 2014 9:31 am

Na stronie PSŁT (FB) znajduje sie kilka relacji i znalazłem opis regulaminu :)

"
Paweł Nowak (Boullii) przygotował opis zasad turnieju w Jainzha:

"Same zasady, jeśli się je zrozumie są proste, ale przy nieznajomości języka strzelanie na początku było troszeczkę stresujące.

W zawodach biorą udział tylko pięcioosobowe drużyny. Nie ma strzelania indywidualnego. W przypadku stawienia się tylko czterech zawodników, sędzia może poprosić o wycofanie jednego zawodnika z drużyny przeciwnej (tak mieliśmy od razu przy pierwszym meczu).

Jedynie mężczyźni strzelają, kobietom nie wolno strzelać, a nawet dotykać łuku i strzał, ponieważ przynosi to nieszczęście. Mecze sędziuje sędzia, który posiada odpowiednie kwalifikacje, a jego uprawnienia poświadcza odpowiednia legitymacja. Jest też sędzia dodatkowy (liniowy), który stoi bliżej tarczy/kopczyka. Jego zadaniem jest sprawdzanie czy strzała trafiła bezpośrednio, czy po odbiciu od ziemi. Trafienia po odbiciu nie są zaliczane.

Tor łuczniczy, na którym odbywają się zawody ma długość około 80/90m i szerokość 10m. Strzela się na dystansie 60 m do tarczy w formie ziemnego kopca, na którym granice pola punktacyjnego wyznacza trójkąt z drutu o wysokości 80 cm i szerokości przy podstawie 70 cm, podniesiony o 10 cm nad grunt.
Tor jest dwustronny, symetryczny. Tarcze/kopczyki stoją na obu końcach toru.

Tak jak przed meczem piłki nożnej również tutaj ekipę, która wybiera swoją połowę oraz strzela jako pierwsza, wybiera się poprzez rzut monetą lub losowanie kamyka ukrytego w dłoni sędziego.

Zawodnicy w drużynach maja przydzielone kolejne numery i w takiej kolejności oddają strzały. Zawodnicy z przeciwnych drużyn strzelają naprzemiennie po jednej strzale. Każdy zawodnik oddaje dwa strzały.
Bardziej obrazowo wygląda to tak, że najpierw strzela jedną strzałę zawodnik pierwszy z drużyny A, następnie pierwszy zawodnik z drużyny B i znowu pierwszy z drużyny A. Po oddaniu dwóch strzałów zmieniają się zawodnicy w obu drużynach i tak do końca (każda z pięcioosobowych drużyn strzela dziesięcioma strzałami).
Następnie podchodzi się do tarczy/kopczyka i sędzia podlicza punkty. Po uzgodnieniu wyniku strzela się do przeciwległego kopczyka. Drużyny zostają po swojej stronie względem sędziego, ale tym razem strzela w odwrotnej kolejności. Jako pierwsza strzela drużyna, która przegrała losowanie. Zmienia się również kolejność zawodników i tym razem zaczyna ostatni zawodnik, a kończy pierwszy.

Punktacja
Nie ma stref punktacyjnych. Każda trafiona strzał liczy się jako punkt ale… no właśnie, ale. Punkty może otrzymać tylko jedna drużyna, a mianowicie ta, której strzała znajduje się najwyżej.
Nawet jeśli jedna drużyna trafiłaby dziesięć razy, a przeciwnik tylko raz ale za to najwyżej, to właśnie on otrzyma jeden punkt. Można dostać więcej punktów jeśli więcej strzał jest wyżej aniżeli strzał przeciwnika. Patrząc od góry trójkąta liczymy strzały do momentu aż dojdziemy do strzały drużyny przeciwnej i w tym momencie reszta strzał przestaje być brana pod uwagę przy punktowaniu.
Jeśli dwumecz zakończy się remisem 1:1 czy 3:3, sędzia zarządza dogrywkę, którą strzela się na zasadach pierwszego spotkania.

Tak wygląda to w wersji uproszczonej. W wersji oryginalnej jest to o wiele bardziej widowiskowe i ma mnóstwo elementów dodających strzelaniu atmosfery wielkiego widowiska.
W skład drużyny, oprócz strzelających zawodników, wchodzą „celowniczy”. Jest to od jednej do pięciu osób (najczęściej trzech) którzy stają blisko kopczyka (poza torem) a ich zadanie to :
- pobłogosławienie kopczyka tańcząc i polewając go alkoholem,
- oznajmienie trafienia swojej drużyny ekspresyjnym tańcem wokoło kopczyka,
- oznajmienie nietrafienia głośnym okrzykiem zawodu.
- po trafieniu strzałą przeciwnika powyżej strzały własnej drużyny, jeden z „celowniczych” przy pomocy wiązki strzał grubości przedramienia pokazuje, kładąc je na tej najwyższej strzale równolegle do ziemi, jak wysoko muszą trafić aby wygrać.
Dalszym dodatkiem jest „fan club” czyli kilkanaście osób, którzy stają za linią strzelania, a ich zadanie to:
- utrudnianie strzelania przeciwnikowi głośnymi okrzykami, machaniem, tupaniem, ale pozostając po swojej stronie toru. Nie jest dopuszczone dotykanie przeciwników,
- wspieranie swoich zawodników i osłanianie ich przed zamętem siejącym „fan club” przeciwnika,
- taniec radości wokoło zawodnika po każdym trafieniu,
- oznaczenie szarfą zawodnika, którego strzała trafiła najwyżej,
- odprowadzenie zawodników do liczenia punktów.
Po wygranym meczu w kopcu pozostaje najwyższa strzała i cała drużyna, łucznicy, „celownicy” i „fan club” tańczy wokół kopczyka bardzo ekspresyjnie wyrażając swoją radość.
Każda miejscowa drużyna strzela w jednakowych strojach, posada ogromny proporzec swojej drużyny (min 2x1 m) a w przypadku strzelania w deszczu, ogromny parasol wielkości naszych parasoli ogrodowych. Jako ciekawostkę podam, że gdy przyszło nam strzelać w deszcz zaproponowano nam również taki parasol, aby osłonic strzelającego.

Tak jak widzicie to nie statyczny, cichy i spokojny turniej do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni ale żywiołowy, pełen ekspresji, hałasu, emocji i ruchu spektakl, w którego sercu znajduje się łucznik."
Ave

Post Reply